Po prawie półrocznej przerwie wybrałam się znowu do teatru; jeszcze powoli i nieśmiało. ale już wykluwają się spektakle przy mocno przerzedzonej widowni,ale jednak!
Teatr Stary- Wróg ludu H.Ibsena w reżyseri Jana Klaty. Spektakl już od kilku lat jest grany jest w Krakowie, choć bardzo rzadko.Wiadomo, reżyser, dawniej dyrektor Teatru Starego nie zapisal się dobrze u obecnej wladzy i pozbawiono go dyrektorowania, a Kraków opuścił na rzecz Warszawy,
Przed wejściem do głównego holu teatru mała barykada ze stolików, takich szkolnych.Za nimi kilkoro młodych ludzi w maseczkach podaje widzom ankiety do wypełnienia.Że jesteś zdrowy, nie mialeś kontaktu, wchodzisz na wlasną odpowiedzialność.Potem czytelny podpis i numer telefonu.Wchodzisz zamaskowany, pokazujesz bilet i czekasz na dole w tymże holu. Przez głośnik płyną informacje i ostrzeżenia.Maseczki, dystans, nie rozbieramy się w szatni, bo szatnia nieczynna.Trzeba wziąć, co kto ma, na salę. No glos dzwonka wszyscy wchodzą na górę by zająć swoje miejsca na widowni. Miejsca są "co drugie" Po lewej i prawej stronie puste fotele.Wszyscy oczywiście w maseczkach.
Na scenie jak na wysypisku śmieci, stary tapczan,puste butelki, kołdry, poduszki, konstrukcja ze styropianu i plastikowych rur,blaszane beczki.W pewnym momencie ..orkiestra tusz..konstrukcja się wali z wielkim hukiem i zaczyna się spektakl.Trwa nieprzerwanie prawie trzy godziny.
Dramat Ibsena napisany w konwencji dziewiętnastowiecznej, choć jak na tamte czasy postępowy, został przez reżysera potraktowany jako tlo do wypunktowania ważnych moralnie spraw takich jak uczciwość zawodowa/lekarz, dziennikarz/ rodzina, tolerancja dla wszelkich inności.A wszystko to pokazane w sposób mocno kontrwersyjny,czasami brutalny, momentami prymitywny, momentami wulgarny.Może najlepszm słowem byłoby tu"dosadny"No i nie brakuje kawalka golizny w wydaniu męskim, jej tylna czesć, skierowana, na szczęście nie do publiczności, a do kolegów na scenie.
Powiem tak;chciałam zobaczyć ten spektakl i nie rozczarowałam się..
Poniżej przytoczę dwie recenzje na temat przedstawienia, diametralnie różne.Dwóch recenzentów, aktor i dziennikarz, to samo przedstawienie a ocena zupełnie inna. Kryterium to POLITYCZNA OPCJA . I tyle w temacie "sztuka dzisiaj"
|
Wróg ludu" u bram Starego Teatru – Ibsen w reżyserii Klaty
Małym uzdrowiskowym miastem w południowej Norwegii wstrząsa skandal – oto główny lekarz uzdrowiska, Thomas Stockmann, nie tylko odkrywa, że na skutek działań miejscowej władzy uzdrowisko truje, zamiast leczyć, lecz także postanawia to ogłosić społeczeństwu. Wszystko w imię dobra ludu. Miejscowa elita – dziennikarz, drukarz, przewodniczący związku właścicieli domów dla kuracjuszy, kapitan – wstrząśnięta tym odkryciem, entuzjastycznie odnosi się do planów Stockmanna, gotowa służyć mu wszelką pomocą w celu ujawnienia prawdy. Spotkanie z burmistrzem Peterem Stockmannem, bratem lekarza, diametralnie odmienia sytuację. Członkowie elity dowiadują się, że przez „rewolucję moralną” doktora ucierpi przede wszystkim ich prywatny interes. W efekcie Thomas Stockmann zostaje na placu boju sam. Z dnia na dzień staje się wrogiem owej elity, a że jej członkowie są przekonani, iż są przedstawicielami ludu – automatycznie staje się też wrogiem ludu. Tak mniej więcej przedstawia się fabuła ibsenowskiego Wroga ludu. To, co uderza po przeczytaniu tego dramatu, to fakt, że choć lud w warstwie słownej odmieniany jest przez wszystkie przypadki, w warstwie fabularnej pozostaje nieobecny. Wszyscy bohaterowie działają tu „dla dobra ludu”, „w jego imieniu” i najlepiej wiedzą, czego mu potrzeba.Tymczasem lud jest nieobecny. A gdyby tak „lud” zamienić na „naród”? Czy nam, Polakom, czegoś to nie przypomina?
U Ibsena lud jest bohaterem nieobecnym, u Klaty – dzięki naturze teatru – w roli tytułowego “ludu” zostaje obsadzona publiczność. Widać to dokładnie w scenie wymówek, które żona Thomasa robi mu, dowiedziawszy się o jego zamiarach. Lekarz (Juliusz Chrząstowski) stoi na proscenium, tyłem do widza i tłumaczy się, zaś wściekła żona (Małgorzata Zawadzka) wraz z dziećmi rzucają w niego poduszkami, które trafiają raz w niego, raz w publiczność. Na moim spektaklu widzowie grzecznie, w milczeniu poduszki te odrzucali, mimo że po chwili znowu lądowały one na ich głowach. W ten sposób „czwarta ściana” zostaje zburzona: oto publiczność staje się „ludem”, na którego czele stoi Thomas Stockmann. Ibsenowski bohater nieobecny dzięki naturze teatru stał się bohaterem obecnym.
Klata jednak na tym nie poprzestaje. Thomas Stockmann, przegrywając walkę z elitą miasteczka, zostaje sam. Nie wiadomo, jaką decyzję podejmie: ogłosi wyniki badań czy nie? Jako że występował w imieniu „ludu”, który – wiemy to od sceny z poduszkami – siedzi na widowni, postanawia tenże „lud” zapytać, co ma zrobić. Niezwykle gorzki to gest w momencie przegranej – jak wiadomo, zarówno Thomasowi jak i jego antagonistom nie przyszło na myśl wcześniej zapytać „ludu”, co ten myśli w tak ważnej dla niego sprawie. Klata postanawia ten gest wykorzystać podwójnie. Nie tylko Stockmann zwraca się do swojego „ludu”, lecz także grający go Juliusz Chrząstowski wychodzi ze swojej roli i zwraca się do nas, swojej publiczności. Pyta ją o tematy dla krakowskiego/polskiego społeczeństwa ważne tu i teraz: krakowski smog czy uchodźców. Widzowie, trochę podpuszczeni przez aktora, podchwytują tę grę i zaczynają z nim rozmawiać (przynajmniej na spektaklu, który oglądałem). Pojawiają się odpowiedzi, komentarze, śmiechy. Gest Stockmanna/Chrząstowskiego sprawia, że w jednej chwili publiczność Starego Teatru, będąc do tej pory – chcąc nie chcąc – jednym z aktorów w teatrze Klaty, staje się jego głównym bohaterem. Klata, łamiąc konwencję teatru w ogóle, nie tylko wychodzi poza Ibsena, dokonując inteligentnego, głębokiego uwspółcześnienia wypowiedzi starego mistrza, on – niczym Gogol – przykłada swojej widowni lustro i podstępem (sic!) zmusza nas, żebyśmy nie tylko w to lustro spojrzeli, ale jeszcze się w nim naprawdę zobaczyli. Efekt jest niesamowity – publiczność nie tylko ma okazję mówić, lecz także ma okazję się usłyszeć, zobaczyć, przypatrzeć się sobie. Ukrywając się za parawanem teatralnej zgrywy, zaskoczona takim obrotem sprawy – obnaża się do końca. „Lud” Klaty z 7 listopada 2015 roku pozostawił przygnębiające wrażenie. „Reagował” tylko na żarty, na zgrywę. W takich momentach głośno „rechotał”, „komentował”, „starał się” być fajniejszy niż jest. Gdy aktor przechodził do tematów poważnych, zadawał pytania niewygodne albo łapał „lud” na tym, że łatwo nim manipulować, „lud” milkł, spuszczał głowę, a w powietrzu czuć było lekkie zażenowanie. W końcu „lud”, wychowany na prostackich kabaretach, odmóżdżających „Tańcach z Idolami”, „lud” co tydzień z ambon impregnowany nienawiścią do innego, ceniący tylko pieniądz i przyjemność, aspirujący do coraz wyższych szczebli w społecznej drabinie i wdrapujący się na te szczeble po trupach, nie idzie przecież w sobotni wieczór do teatru, żeby poważnie rozmawiać o Polsce! Idzie dla przyjemności, a przyjemność to poziom prostackiego kabaretu, najlepiej o uchodźcach albo o politykach. Poważne problemy niech rozwiązują za nas inni, nie zawracając nam głowy. Jeśli tak, to nie miejmy potem pretensji do polityków, artystów, intelektualistów czyli – modne słowo – „elit”. To my – swoją biernością, lenistwem, umysłową mizerią, brakiem empatii – tworzymy swój kraj. Tacy jesteśmy! Co ciekawe, Stockmann/Chrząstowski, odwołując się wreszcie do woli swoich „ludów”, mieli wreszcie okazję przyjrzeć się, kogo bronią, dla kogo ryzykują swoim majątkiem i życiem. Biorąc pod uwagę prawdziwą twarz ludu, ostateczna decyzja Thomasa budzi zdziwienie. Z drugiej zaś strony daje nadzieję, że jest jeszcze dla naszego świata jakaś szansa.
Klata wykonał kawał dobrej roboty. Pułapka tego spektaklu polega na tym, że to my sami – publiczność – wypowiadamy konkluzję. Nie możemy się zasłonić reżyserem, aktorami, nie możemy powiedzieć, że to bohaterowie Ibsena. To my, bohaterowie spektaklu o nazwie „Wróg ludu. Polska 2015”. Kto jest naszym wrogiem w takim razie? Moja odpowiedź jest jednoznaczna – my sami. Brawo panie reżyserze, to jest właśnie misja teatru, ”którego przeznaczeniem, jak dawniej, tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku, postać ich i piętno” – jak pisał w dedykacji Studium o Hamlecie Stanisław Wyspiański.
Realia spektaklu jednoznacznie – może aż za bardzo – wskazują na współczesny, polski kontekst scenicznego świata Ibsena. Zresztą wynika to już z samej fabuły dramatu – konflikt przedstawicieli władzy i elit, których reprezentantami są dwaj bracia, jednoznacznie wskazuje na inspirację polską polityką. Norweskie miasteczko to ikeowski śmietnik, w którym wszystko leży, jak popadnie. W centrum tego śmietnika stoi łóżko Thomasa Stockmanna (uprawnione skojarzenia z Kartoteką Różewicza). Sylwetki braci, rysowane grubą kreską, są aż nadto czytelne, władza w kibolskim szaliku, podnosząca wigilijny opłatek, intelektualista w sweterku „w reniferki” i miodowych sztruksach, przebiera się nagle w biały kostium i rusza na wojnę w obronie uciśnionego ludu. Wszystko jakieś nieudane, przejściowe, nieprawdziwe – nawet alkoholik śpi w otoczeniu pustych butelek, tyle że plastikowych. Wizualnie świat sceniczny w idealny sposób uzupełnia gorzką wymowę przedstawienia.
Teraz o niedociągnięciach. Styl Jana Klaty jest już z daleka rozpoznawalny, garściami czerpiący z pop kultury, obliczony na szybkie skojarzenia, głośny, słowem – łatwy w odbiorze i atrakcyjny wizualnie. W przypadku Wroga ludu ten styl jakoś nie pasuje do idei przedstawienia, do jego poważnej i spójnej koncepcji – tu brawa dla Michała Buszewicza za dramaturgię. Co więcej, osłabia tę główną oś spektaklu, prowadząc niekiedy widza na manowce nadmiarem pomysłów i popkulturowych skojarzeń. Ten nadmiar oraz wynikająca z niego zbyt rozbuchana teatralność nie pozwalają widzowi tego przedstawienia przeżyć. A wystarczyłoby na przykład poprzestanie na pomysłach „ogólnospektaklowych” – motyw dyrygowania ludźmi za pomocą dźwięków – nie utrudniając ich odbioru kilkoma dodatkowymi, „wewnątrzscenicznymi”. Klaty autorska adaptacja Ibsena anno domini 2015 swoją formą zbyt często przypomina wyeksploatowany standup – szybki, tani, obliczony na łatwy efekt. A szkoda, bo koncepcja i konstrukcja przedstawienia – w przeciwieństwie do jego formy – są przykładem wielkiego teatru. Wrogiem Klaty – to oczywiście nie jego wina – jest też tekst Ibsena, niezwykle aktualny i pasujący do naszej współczesnej sytuacji. W związku z tym twórcy, którzy się dzisiaj nim zajmą, muszą przede wszystkim walczyć z jego jednoznacznością, a styl dyrektora TS w tej walce co najmniej nie pomaga.
Jeśli chodzi o aktorstwo, bywało w Starym lepiej. Wynika to – w moim przekonaniu – ze stylu pracy reżysera. Aktorzy, goniąc od pomysłu do pomysłu swego mistrza, nie mają czasu na wygranie niuansów. Tempo spektaklu sprawia, że niektóre sceny są na granicy słyszalności (scena „krzyczana” między Redaktorem Hovstadem (Michał Majnicz) a Billingiem (Bogdan Brzyski)). Że można inaczej, udowadniają Juliusz Chrząstowski z Radosławem Krzyżowskim (brat Thomasa, Piotr Stockmann). Ich sceny, trochę wolniejsze, dokładniejsze, od razu skupiają bardziej uwagę i robią większe wrażenie. Czepiam się, gdyż widzę bardzo duży potencjał spektaklu i żal mi, że z tego dobrze skrojonego, świetnej jakości „teatralnego smokingu” raz po raz wystają jakieś nitki.
Podsumowując, powstało w Starym Teatrze przedstawienie ważne, mądre i warte zobaczenia. Jest jak lustro, ustawione naprzeciw widowni, które każdego wieczoru odbija inną twarz. Ja muszę jeszcze raz przejrzeć się w tym lustrze, bo jestem wstrząśnięty tym, co zobaczyłem i wierzę, że winien był po prostu zły dzień. A co Wy zobaczycie w przedstawieniu Klaty? Warto się przekonać.
Ale polityczna opcja wynika z czegoś głębszego (choć chcielibyśmy mówić o czymś płytszym, bo "nie dzielmy ludzi"). Zelnik jest świetnym przedstawicielem i ilustracją tego nurtu. Dla niego dawniej było po prostu lepiej, bo ludzie robili może publicznie jedno, ale w domu drugie - w domu kochało się Jezusa, nawet, gdy było picie i bicie, nawet gdy się mówiło, że się nie kochało, to się kochało, bo tak to działa, jest tylko jedna możliwość, inne kłamią, że istnieją. Dla mnie taka postawa to chaos, dla niego to jest zupełnie zrozumiałe i klarowne. Chodzi o to, aby nie mówić i nie pokazywać na zewnątrz tego, co się myśli i robi w ukryciu. To jest uczciwość, to jest prawda, to jest ten świat wartości. Nic dziwnego, że nie możemy się porozumieć.
OdpowiedzUsuńJ.Zelnika cenię jako aktora.Popiera obóz rządzący i daje temu wyraz w swoich wypowiedziach. To nie hipokryta.
UsuńPrzeczytałam obie recenzje, Zelnika z trudem doszłam do końca. Przydało by się otrzepać z politycznego nalotu i stworzyć jedną, spójną, dającą obraz spektaklu. Zgadzam się z niektórymi spostrzeżeniami Zelnika, bo nie lubię zbytniej ingerencji reżysera, ale pod koniec już polityczne wtręty są zbyt nachalne.
OdpowiedzUsuńObaj panowie w jednym mają rację, zbyt wiele trafia do nas byle jakiej papki i jednak kasę wydaje się na armaty.
Tyle o recenzjach bo sztuki nie widziałam.
Kontrowersyjnego o awangardowego Klatę minister Gliński odsunął od dyrektorowania dając na jego miejsce ugodowego Mikosia. Ten nie jest lubiany przez zespół i co wczoraj czytam? Ma pełnić swoją funkcję do końca roku i już jest wytypowany następca.
UsuńTeż uważam, ze obaj panowie recenzenci mają swoje racje. Prawda leży gdzieś zapewne pośrodku.
A Teatr Stary powinien mieć dyrektora na miarę swoich zasług w kulturze.
Powinien
UsuńAle dopóki to zależy od pisowskich miernot tak nie będzie
Czy mi się zdaje, czy Zelnik zachwala film Smoleńsk?
OdpowiedzUsuńTo by wystarczyło, za jego pojęcie o kulturze wysokiej czy choćby dość dobrej...
Jako ten prosty inżynier, mam kłopot czasem w odbiorze sztuk Ibsena, czy Kantora. Czy Warlikowskiego. Tutaj zdaję się na innych, bardziej "wyrobionych".
Tak, Zelnik chwalił film o Smoleńsku,
UsuńMyślę, ze nie tylko "prosty inżynier" ale większość widzów ma trudności z Kantorem po pierwszym obejrzeniu. I albo się wgryza i ogląda kojeny raz, albo odrzuca.
ps.Kilka miesięcy temu zmarła wdowa po Kantorze. W Domu Opieki pod Warszawą.Oficjalna wersja to koronawirus
A to dopiero...
UsuńWczoraj minister Gliński odwołał ze stanowiska, dyrektora Narodowego Teatru Starego
OdpowiedzUsuńMoże dlatego, że wystawial Klatę? Hmm
Teatr jak barykada...a pan Zelnik już dawno dziwnie gada.
OdpowiedzUsuńAle jaki on piękny za młodu! Taki faraon na przykład.
UsuńTo było sto lat temu, teraz zgorzkniał i twarz pokazuje co ma na wątrobie...
UsuńW recenzji Zelnika było coś, co mnie irytowało, więc nie doczytałam do końca. Natomiast z przyjemnością i zainteresowaniem poznałam drugą opinię. Spektaklu nie widziałam, dlatego tylko oceniam sposób jego opisania. Na temat Glińskiego mam swoje zdanie, nie najlepsze zresztą, dlatego jego nieprzemyślane decyzje nie robią na mnie wrażenia.A swoja drogą ciekawe czy jest on spokrewniony z Wieńczysławem Glińskim, aktorem PRL-owskim, ale przeze mnie bardzo lubianym. Uściski.
OdpowiedzUsuńNie wiem, czy ten Gliński ma coś wspólnego z tamtym.Tamten byl przystojny..
Usuń