Czas płynie nieubłaganie, dopiero kwitły tulipany, przemija bez, nieśmiało otwiera pączki jaśmin. Nieśmiało, bo czas zimny i deszczowo-burzowy.
A w krakowskim Teatrze STU wspaniały spektakl słowno- muzyczny dedykowany największemu klezmerowi Kazimierza- Leopoldowi Kozłowskiemu. Zaprzyjażniony z nim artysta, muzyk, kompozytor , autor tekstów Jacek Cygan przetłumaczył najpiękniejsze pieśni żydowskie z jidisz na polski...i popłynęła skrzypcowa muzyka, popłynęły piosenki, popłynęły wspomnienia. W rolę zmarłego w 2019 roku Leopolda Kozłowskiego / miał 101 lat / wcielił się Zbigniew Zamachowski, również przyjaciel Leopolda.
Przedwojenny krakowski Kazimierz, ubogie sklepiki ze szwarcem, mydłem i powidłem, drobniutkie warsztaty krawców, szewców, druciarzy garnków, handlujące na ulicach kobiety z koszami pełnymi warzyw, czasem kwiatów. Niziutkie okna niziutkich mieszkań, na stole śledż na cynowym talerzu, obok płonie siedem świec menory. Tak, jak malował pan Chagall. Świat znany, swojski, przyjazny. I takie też były piosenki, skoczne, dobre, czasem psotne, czasem z prościutkim teksem, ale wpadające w ucho. I była taka jedna piosenka..o szewcu Moritzu z ulicy Miodowej. Z okien swego szewskiego warsztatu mieszczącego się w suterenie widział tylko buty przechodzących ulicą osób. Były to buty znajome, wydeptane, zniszczone, czasem tylko trafiły się bardziej eleganckie.Po butach i rytmie kroków rozpoznawał kto idzie i nie mylił się nigdy...do czasu ,kiedy w znajome od zawsze odgłosy wdarł się mocny stukot zupełnie inny, mocno podkutych, gestapowskich. A potem już wszystko było inaczej..
A jeszcze potem getto, obozy, rozpacz. Zniknęły, zburzone, małe kamienice, domki, warsztaty, a przede wszystkim ludzie. Niektórym udało się uciec..
Spektakl w sposób bardzo delikatny dotyka wojny, można powiedzieć, że jakby malował pastelami,, wzruszenie, ale nie łzy.
Memento Moritz
Memento Moritz
Na Kazimierzu
Pamięć nas boli
Zbigniewowi Zamachowskiemu towarzyszy młoda aktorka, jedna z ostatnich uczennic mistrza Leopoda, piękna , utalentowana. A obojgu przygrywa skrzypek, wirtuoz, coś cudownego jak on gra!
Rok 68, sjoniści, przymusowe opuszczanie kraju. I największy wstyd - rodzimi nacjonaliści, narodowcy i Polska dla Polaków. I znowu w sposób bardzo delikatny, ale czytelny spektakl dotknął problemu.
Ale zakończenie nie mogło być ponure, zabrzmiały piosenki o Icku krawcu, żydowskiej narzeczonej , była nawet panna młoda .A na koniec zabrzmiało Szalom Alejchem i śpiewali artyści i widownia.

Musiało być piękne
OdpowiedzUsuńByło super!
UsuńZnowu zazdroszczę wrażeń po spektaklu!
OdpowiedzUsuńjotka
Pozostaje przyjechać do Krakowa, zatrzymać się u Klarki Mrozek w hotelu i oglądać. Mogę służyć biletami.
UsuńTak, kojarzę postać pana Leopolda. Sam spektakl opisałaś bardzo obrazowo. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńDzięki za komentarz. Postać Leopolda to jakby stały elrment Kazimierza.
Usuń