Wrzesień 1939 rok, apel radiowy marszałka Rydza - Śmigłego wzywający do opuszczenia Warszawy wywołuje panikę wśród ludności .Wylotowe drogi z miasta są zatłoczone uciekającymi. Warszawę opuszcza też Witkacy razem ze swoją ukochaną Czesławą. Kierują się na Brześć nad Bugiem. Droga trwa w nieskończoność, pociągi godzinami i dniami stoją pomiędzy stacjami. Nie ma jedzenia, spania, podstawowych warunków higienicznych. Dają o sobie znać wszelkie dolegliwości. I jeszcze te straszne wieści z kraju; rząd w Rumunii, a wschodnie województwa zajęte przez Armię Czerwoną. I to jest 17 wrzesień 1939 rok. Witkacy pamięta Rosjan z bitwy pod Stochodem w czasie I wojny , oczy powykłuwane bagnetami, pagórki trupów, na których zaczyna pojawiać się młoda trawa ....nigdy więcej!
Do Jezior na Polesiu docierają 16 września witani z życzliwością przez miejscową ludność .Nareszcie mogą zjeść i wyspać się. A nazajutrz już krasnoarmiejcy są w Polsce i kres marzeń o wolności, o walce o niepodległość. Tak dłużej nie można żyć, trzeba to przeciąć raz na zawsze.
18 września Witkacy razem z Czesławą udają się na ostatni spacer, w zaświaty. Nad jeziorem rośnie wielki dąb, oboje siadają pod drzewem, Czesława wypija rozpuszczone w wodzie środki nasenne/ mieli je ze sobą/ a Witkacy próbuje podciąć sobie żyły ale organizm jest zbyt odwodniony, by udało się to za pierwszym razem Krew nie chce płynąć nawet z żył na nodze. Ale wreszcie się udaje...
Na drugi dzień mieszkańcy Jezior odnajdują pod dębem zwłoki Witkacego .Czesławie udało się przeżyć .Miejscowy batiuszka grzebie ciało artysty na cmentarzyku w Jeziorach, stawia krzyżyk, przymykając oko, że to samobójca. I tak mogłoby być do dzisiaj gdyby nie polsko-radziecka-zakopiańska farsa, którą urządzono w Zakopanem w 1988 roku. Na rozkaz wierchuszki republika Ukrainy wydała szczątki Witkacego z Jezior , przewieziono je do Zakopanego, a tam, z wielką pompą, przy udziale konsuli Polski i ZSSR pochowano na Pęksowym Brzyzku. Tyle tylko, że to nie były szczątki Witkacego. Dalszy ciąg tej tragicznej historii rozegrał się w 1994 roku.
A pod dębem w Jeziorach czasem ktoś położy bukiecik z suszonych ziół..
Czekam na ciąg dalszy!
OdpowiedzUsuńBędzie dalszy ciąg...
UsuńNiczym thriller!
OdpowiedzUsuńTo jescze nie wszystko, dalej też będzie ciekawie.
UsuńI ja jestem ciekawa dalszego ciągu. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię, Karolinko. Napiszę.
UsuńNie wiem po co maniera pisania w czasie teraźniejszym. No i wypadałoby sprawdzić, co się pisze. To nie Rydz-Śmigly spowodował paniczną ucieczkę warszawiaków, tylko Umiastowski...
OdpowiedzUsuń