sobota

Olga Tokarczuk -Okno

  Pozwolę sobie przedstawić wypowiedż Olgi Tokarczuk na temat obecnej sytuacji. Artykuł został opublikowany na łamach internetowego dziennika STUDIO OPINII.
Pod artykułem znajduje się mnóstwo komentarzy oceniających tę wypowiedż pisarki.Tych pochlebnych i tych wprost przeciwnie.Zachęcam do przeczytania teksu.
"Z mojego okna widzę morwę..
orwę, drzewo, które mnie fascynuje i było jednym z powodów, dlaczego tu zamieszkałam. Morwa jest hojną rośliną — całą wiosnę i całe lato karmi dziesiątki ptasich rodzin swoimi słodkimi i zdrowymi owocami. Teraz jednak morwa nie ma liści, widzę więc kawałek cichej ulicy, po której rzadko ktoś przechodzi, idąc w kierunku parku. Pogoda we Wrocławiu jest prawie letnia, świeci oślepiające słońce, niebo jest błękitne, a powietrze czyste. Dziś podczas spaceru z psem, widziałam, jak dwie sroki przeganiały od swojego gniazda sowę. Spojrzałyśmy sobie z sową w oczy z odległości zaledwie metra.
Cały felieton Olgi Tokarczuk dla Frankfurter Allgemeine Zeitung po polsku. Noblistka opublikowała go na FB, ponieważ cytowano „wyrwane z kontekstu fragmenty”
Mam wrażenie, że zwierzęta też czekają na to, co się wydarzy.
Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo. Za dużo, za szybko, za głośno.
Nie mam więc „traumy odosobnienia” i nie cierpię z tego powodu, że nie spotykam się z ludźmi. Nie żałuję, że zamknęli kina, jest mi obojętne, że nieczynne są galerie handlowe. Martwię się tylko, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którzy stracili pracę. Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi. Moja introwersja długo zduszana i maltretowana dyktatem nadaktywnych ekstrawertów otrzepała się i wyszła z szafy.
Patrzę przez okno na sąsiada, zapracowanego prawnika, którego jeszcze niedawno widywałam, jak wyjeżdżał rano do sądu z togą przewieszoną przez ramię. Teraz w workowatym dresie walczy z gałęzią w ogródku, chyba wziął się za porządki. Widzę parę młodych ludzi, jak wyprowadzają starego psa, który od ostatniej zimy ledwie chodzi. Pies chwieje się na nogach, a oni cierpliwie mu towarzyszą, idąc najwolniejszym krokiem. Śmieciarka z wielkim hałasem odbiera śmieci.
Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie. Zrobiłam porządek w szafie i wyniosłam przeczytane gazety do pojemnika na papier. Przesadziłam kwiaty. Odebrałam rower z naprawy. Przyjemność sprawia mi gotowanie.
Uporczywie wracają do mnie obrazy z dzieciństwa, kiedy było dużo więcej czasu i można było go „marnować”, godzinami gapiąc się przez okno, obserwując mrówki, leżąc pod stołem i wyobrażając sobie, że to jest arka. Albo czytając encyklopedię.
Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia? Że to nie wirus jest zaburzeniem normy, ale właśnie odwrotnie – tamten hektyczny świat przed wirusem był nienormalny?
Wirus przypomniał nam przecież to, co tak namiętnie wypieraliśmy — że jesteśmy kruchymi istotami, zbudowanymi z najdelikatniejszej materii. Że umieramy, że jesteśmy śmiertelni.
Że nie jesteśmy oddzieleni od świata swoim „człowieczeństwem” i wyjątkowością, ale świat jest rodzajem wielkiej sieci, w której tkwimy, połączeni z innymi bytami niewidzialnymi nićmi zależności i wpływów. Że jesteśmy zależni od siebie i bez względu na to, z jak dalekich krajów pochodzimy, jakim językiem mówimy i jaki jest kolor naszej skóry, tak samo zapadamy na choroby, tak samo boimy się i tak samo umieramy.
Uświadomił nam, że bez względu na to, jak bardzo czujemy się słabi i bezbronni wobec zagrożenia, są wokół nas ludzie, którzy są jeszcze słabsi i potrzebują pomocy. Przypomniał, jak delikatni są nasi starzy rodzice i dziadkowie i jak bardzo należy im się nasza opieka.
Pokazał nam, że nasza gorączkowa ruchliwość zagraża światu. I przywołał to samo pytanie, które rzadko mieliśmy odwagę sobie zadać: Czego właściwie szukamy?
Lęk przed chorobą zawrócił więc nas z zapętlonej drogi i z konieczności przypomniał o istnieniu gniazd, z których pochodzimy i w których czujemy się bezpiecznie. I nawet gdyśmy byli nie wiem jak wielkimi podróżnikami, to w sytuacji takiej, jak ta, zawsze będziemy przeć do jakiegoś domu.
Tym samym objawiły się nam smutne prawdy – że w chwili zagrożenia wraca myślenie w zamykających i wykluczających kategoriach narodów i granic. W tym trudnym momencie okazało się, jak słaba w praktyce jest idea wspólnoty europejskiej.
Unia właściwie oddała mecz walkowerem, przekazując decyzje w czasach kryzysu państwom narodowym. Zamknięcie granic państwowych uważam za największą porażkę tego marnego czasu – wróciły stare egoizmy i kategorie „swoi” i „obcy”, czyli to, co przez ostatnie lata zwalczaliśmy z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie formatowało nam umysłów. Lęk przed wirusem przywołał automatycznie najprostsze atawistyczne przekonanie, że winni są jacyś obcy i to oni zawsze skądś przynoszą zagrożenie. W Europie wirus jest „skądś”, nie jest nasz, jest obcy. W Polsce podejrzani stali się wszyscy ci, którzy wracają z zagranicy.
Fala zatrzaskiwanych granic, monstrualne kolejki na przejściach granicznych dla wielu młodych ludzi były zapewne szokiem. Wirus przypomina: granice istnieją i mają się dobrze.
Obawiam się też, że wirus szybko przypomni nam jeszcze inną starą prawdę, jak bardzo nie jesteśmy sobie równi. Jedni z nas wylecą prywatnymi samolotami do domu na wyspie lub w leśnym odosobnieniu, a inni zostaną w miastach, żeby obsługiwać elektrownie i wodociągi. Jeszcze inni będą ryzykować zdrowie, pracując w sklepach i szpitalach. Jedni dorobią się na epidemii, inni stracą dorobek swojego życia.
Kryzys, jaki nadchodzi, zapewne podważy te zasady, które wydawały się nam stabilne; wiele państw nie poradzi sobie z nim i w obliczu ich dekompozycji obudzą się nowe porządki, jak to często bywa po kryzysach. Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem.
Sytuacja przymusowej kwarantanny i skoszarowania rodziny w domu może uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały. Nasze dzieci wyjdą z kwarantanny uzależnione od Internetu, a wielu z nas uświadomi sobie bezsens i jałowość sytuacji, w której mechanicznie i siłą inercji tkwi. A co, jeśli wzrośnie nam liczba zabójstw, samobójstw i chorób psychicznych?
Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas.
Nadchodzą nowe czasy.
Olga Tokarczuk
Print Friendly, PDF & Email


13 komentarzy:

  1. Do mnie bardzo przemawia zwłaszcza fragment o nierównościach, wygrani ci, co mają domy z ogrodem dacze na wsi, domy w górach.
    Ja mam mieszkanie w bloku, zasoby niewielkie i bombardują z telewizora gwiazdy - zostań w domu- niebawem ludzie zaczną skakać z okien...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mieszkam w bloku, mam balkon i widok na kilka drzew i krzewów.
      Telewizyjne "gwiazdy" od reklam wciskają się w każdy program.Trzeba mieć mocne nerwy.

      Usuń
  2. Ja nie wiem
    Nie mam poczucia, że żyłam za szybko
    kochałam swoje życie
    chcę je odzyskać!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno jest.
      Też nie ze wszystkim się zgadzam z Tokarczuk.

      Usuń
    2. Podziwiam ją
      Adler ja jestem prosty inżynier

      Usuń
  3. Czytałam artykuł, ma wiele racji.
    Też mieszkam w blokowisku, na szczęście w pobliżu tereny rekreacyjne, pozamykane obecnie. Na zwolnionych obrotach żyję od kilku lat, ale mi brakuje moich wędrówek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie coś innego siedzieć w domu z wlasnego wyboru, a co innego z konieczności.Brakuje mi kontaktów z ludżmi, ale tak musi być.

      Usuń
  4. Znam ten tekst.
    Właściwie zgadzam się ze wszystkim co napisała.
    Chociaż nie żyłam zbyt szybko bo właśnie od pewnego czasu zwolniłam....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwolnienie tempa życia od pewnymi względami wychodzi na dobre.

      Usuń
  5. Przeczytałam uważnie tekst Olgi Tokarczuk. Zgadzam się z Noblistką.
    Też trudno mi żyć w czterech ścianach, bez balkonu! Przez 4 tygodnie byłam tylko 4 razy na działce, trochę nacieszyć się słońcem. Jednak nie czuję się nieszczęśliwa. Czuję się pogodzona,
    tak widocznie trzeba.
    Boję się tylko, do jakiego świata wrócę po zarazie?
    Właśnie teraz mam czas na czytanie z mojej biblioteki. Publiczne zamknięte. Czytam Tokarczuk, "Bieguni", delektuję się jej rozmyślaniami.
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie, choć poświątecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz.
      Po zarazie świat na pewno będzie inny, ale może nie gorszy? Może spowolni ten pęd do wszystkiego i kosztem wszystkich.Może będzie więcej refleksji, a mniej działania?
      Nie mogę skończyć Ksiąg Jakubowych , bo w międzyczasie czytam thrillery...które mnie bardziej pochłaniają.

      Usuń
  6. Zachwycać się bo Pani Tokarczuk dostała Nobla. Tak trzeba ,tak wypada, tak się należy . Państwo wybaczcie nie dołączę. Ekspertyzy na temat rzeczywistości, pisane przez panią noblistkę ot nie maja nawet cech obiektywizmu. Nie maja też cech subiektywizmu. Są kalką jakich wiele...

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga